Zagramaniczne wojaże w weekend oraz praca i pijaństwo w ciągu tygodnia, to główne przyczyny poślizgu z opublikowaniem trzeciej i ostatniej już części relacji z IV Zlotu Polskich Turystów Stadionowych, który miesiąc temu odbył się na gościnnej jak zwykle Ziemi Śląskiej…
PIERWSZA CZĘŚĆ RELACJI: KLIK!
DRUGA CZĘŚĆ RELACJI: KLIK!
Niedziela 13.11.2011
10:05. Kaca można mieć w Vegas, można w Bangkoku, można i w Katowicach. Ale pożywne śniadanie zawsze postawi Cię na nogi. Posiłek bezprocentowy wprawdzie, ale za to bogaty w witaminy, pierwiastki śladowe i inne takie pierdoły, zjedliśmy tym razem w knajpie sąsiadującej ze znaną Wam z wcześniejszego odcinka stacją BP.
10:21. Choć w sobotni wieczór pojawiły się sugestie, że zamiast wizyty w Częstochowie powinniśmy w ostatni dzień zlotu pozostać na południu województwa i wybrać się np. na mecz do Rybnika, ostatecznie wybór padł jednak na metropolię leżącą u stóp Jasnej Góry. W końcu podczas „częstochowskiego” zlotu wypadałoby się choć raz w tym mieście pojawić… :)
10:40. Ekipa dzieli się na dwa auta według klucza Oberschlesien (kierowca Daniel R. i pilot Marcin Z. w aucie amerykańskiej produkcji) kontra Reszta Świata (oficjalny kierowca zlotu Andrzej K., którego chciałbym w tym miejscu bardzo pochwalić, pilot Radosław R. i zbędny balast Krzysztof G. w aucie niemieckiej produkcji). Podczas podróży z Katowic do Częstochowy oba pojazdy kilkakrotnie się mijają i wyprzedzają. Nadarzają się więc okazje, by z pomocą charakterystycznego i znanego powszechnie gestu You are number one! wzajemnie się „pozdrawiać”.
11:51. Do Czewy przyjeżdżamy już na ponad godzinę przed meczem. Od razu meldujemy się pod stadionem Rakowa, gdzie właśnie rozpoczyna się sprzedaż wejściówek (tu podziękowania dla departamentu logistyki zlotu, który tak to wszystko pięknie dograł czasowo). Jesteśmy pierwsi (i jedyni) w kolejce. Co ciekawe, bilety na mecz należy… własnoręcznie wypełnić. Oznacza to, że jeśli ktoś nie potrafi pisać i czytać o wejściu na stadion może zapomnieć.
12:00. W Częstochowie zimno jest niemiłosiernie, a do spotkania pozostaje jeszcze godzina. Co tu robić? Jak ten czas zagospodarować? Każdy miał inny pomysł: od odwiedzin Muzeum Produkcji Zapałek (Radosław R. i Marcin Z.) i Rezerwatu archeologicznego kultury łużyckiej (Andrzej K.), przez wizytę w Kościele Świętych Rocha i Sebastiana (Krzysztof G.), aż po zwiedzanie najstarszej fabryki działającej na terenie miasta – Odlewni żeliwa WULKAN (Daniel R.). Jak widać co groundhopper, to inne zainteresowania…
12:12. Dziwnym trafem postawiliśmy jednak na futbol! Słowo szybko ciałem się stało (wybaczcie, ale pisząc o Częstochowie religijne zwroty, cytaty i skojarzenia same cisną się na język klawiaturę) i za chwilę zasługą niezawodnej nawigacji własności Andrzeja K. (którego – korzystając z okazji – chciałbym bardzo pochwalić) byliśmy już w Kuźnicy Marianowej, czyli na najbardziej na południe wysuniętym osiedlu miasta, by ogrzać się ciepłem tamtejszego Płomienia.




12:30. Kuźnicę zamieszkuje około tysiąca osób. Poza ich domami, boiskiem Płomienia, hałdą i kompleksem budynków byłej kopalni rud żelaza znajduje się tam jedynie kościół św. Kingi Dziewicy. W dzisiejszych czasach to chyba jedyna Kinga-dziewica w tym kraju. Czy rzeczywiście jest dziewicą i czy kibicuje Płomieniowi nie mieliśmy okazji sprawdzić.
12:35. Jak to zwykle w okręgówce bywa, był to mecz walki! Mimo zimna miło było popatrzeć. Sparta Lubliniec pokonała miejscowy LKS 2:1. Ciekawostka: przeżywający spotkanie trener gości niemal przez cały czas stał obok ławki… gospodarzy. „- Kuźni(c)a!” – przeklnął po nieudanej akcji swych podopiecznych.
12:40. A co działo się na „trybunach” obiektu przy ul. Zdrowej? Zlotowicz Marcin Z. zaimponował kolegom swą odwagą, wchodząc za potrzebą do hardcorowego drewnianego szaletu (i to na „dwójkę”, nie „jedynkę”!). Bohaterski wyczyn kompana chciał powtórzyć zlotowicz Radosław R. ale już na wejściu został znokautowany zapachem unoszącym się w tym przybytku. Wszedł za to bez najmniejszych problemów do baru znajdującego się tuż obok stadionu. Rolady z kluskami śląskimi i modrą kapustą tam jednak nie mieli…
12:45. Końcówkę I połowy zawodów zlotowicze oglądają w ogrzewanych lożach VIP, tj. zza okien swych zaparkowanych za jedną z bramek wehikułów czasu.
13:12. Ze spóźnieniem chłopcy-stadionowcy docierają na Estadio de RKS Raków. Zlotowicz Krzysztof G. spotyka tam swojego znajomego i imiennika Zlotowicza Krzysztofa K. (pozdrawiam!). Zlotowicz Krzysztof K. będzie 11 uczestnikiem zjazdu. Krzysztof G. i Krzysztof K. byli dotąd tylko „wirtualnymi” znajomymi. Od tego dnia będą znajomymi także w realu.
13:36. Rozproszeni po obiekcie zlotowicze nie przynoszą szczęścia miejscowym. Miedzianka do przerwy wygrywa z „The Saints” 3:0. Znacznie lepsi od piłkarzy Rakowa są ich kibice. „- Zejdźcie z boiska, nie róbcie z nas pośmiewiska!” – proszą swych pupili.
13:48. Fani gości (Miedź wspierana jest przez kibiców Śląska Wrocław) też dają radę. Na stadion wchodzą w trzech grupach. Pierwsza pojawia się na sektorze mniej więcej w 20. minucie meczu. Jak tylko skompletują skład, oflagują sektor i jadą z repertuarem: „- To jest kurwa beznadzieja, mamy wynik jak z hokeja!” – zanucą w II połowie.
14:09. W przerwie meczu czas na gorącą herbatkę, a w II połowie do zlotowiczów dołącza zlotowicz Bartosz O. dostarczając kolegom poranną prasę sportową. Cała siódemka (w tym miejscu pragnę pochwalić oficjalnego kierowcę zlotu Andrzeja K.) obserwuje wydarzenia na boisku stojąc pod dachem trybuny położonej na przeciwko trybuny głównej.
14:31. Miedź Legnica to taki drugoligowy Dream Team. Na boisku pełno starych znajomych. Andrzej Bledzewski, Mariusz Mowlik, Ben Starosta, Zbigniew Zakrzewski, Jakub Grzegorzewski – to tylko niektórzy członkowie kadry przyjezdnego zespołu.



15:10. Po ostatnim gwizdku szlachta przenosi się do browaru restauracyjnego Czenstochovia i będącego jego częścią Pubu Oslo (jeśli lubicie piwo a będziecie kiedyś z wizytą w tym mieście, to obowiązkowo tam zajrzyjcie. Warto!). W lokalu poleconym przez zlotowicza Krzysztofa K. (dziękujemy) ma miejsce uroczysta ceremonia zamknięcia IV Zlotu. Jest jedzenie (o roladzie z kluskami śląskimi i modrą kapustą oraz o szarlotce do piwa zlotowicz Radosław R. może jednak zapomnieć) i picie (miejscowe browarki), są kwiaty i przemówienia. Głosowaniu poddany zostaje też wniosek ustawy o nie organizowaniu (ze względu na aurę) kolejnych zjazdów wcześniej niż w kwietniu i później niż w październiku. Wszyscy są za, nikt przeciw, nikt nie wstrzymał się od głosu.
16:08. Zlotowicze Andrzej K. i Radosław R. wracają do Warszawy. Zlotowicze Daniel R., Bartosz O., Marcin Z. i Krzysztof G. jadą do Katowic. Zlotowicz Krzysztof K. pozostaje w Częstochowie. IV Zlot przechodzi tym samym do historii. Nie jeden jego uczestnik uronił zapewne łezkę…
17:22. Zlotowicz Krzysztof G. i zlotowicz Bartosz O. pijąc czaj na katowickim dworcu ucinają sobie pogawędkę o życiu. Pół godziny później zlotowicz Bartosz O. opuści kolegę, udając się do Gliwic. Zlotowicz Krzysztof G. będzie miał 6 (słownie sześć!) godzin do odjazdu swego pociągu.
19:00. Wizyta w pizzerii (straszna obsługa, niesmaczna pizza!) i małe zakupy w Żabce zajęły Krzysztofowi G. 60 minut. Resztę spędził w dworcowej kafejce internetowej, w towarzystwie… bezdomnych amatorów filmów porno (jeden był nawet w stanie oglądać trzy filmy na raz!) i pewnego starszego pana, zgłębiającego tajniki używania Skype’u (na naukę nigdy nie jest za późno).
23:43. Pociąg relacji Warszawa – Praga odjeżdża z dworca głównego w Katowicach. Zlotowicz Krzysztof G. jest w przedziale sam. Pije jednego energetyzującego Burna za drugim (Burn, baby, Burn!), by w Bohumínie w pojedynkę dzielnie stawić czoła cygańskim złodziejom. Nie będzie miał okazji. Tuż przed granicą… zaśnie.
Poniedziałek 14.11.2011
03:33. Zlotowicz Krzysztof G. śpi.
04:17. Nadal śpi.
05:32. Wciąż śpi.
07:07. W dalszym ciągu śpi.
07:45. Budzi się na dworcu w Pradze.
09:30. Z półgodzinnym opóźnieniem zlotowicz Krzysztof G. pojawia się w pracy. W wydychanym powietrzu czuć jeszcze alkohol. O dziwo nikt o nic nie pyta. Zlotowicz Krzysztof G. jest zmęczony (nie tylko fizycznie – zlot kompletnie zrył jego psychę), czuje że śmierdzi, ale jakoś dotrwa do 17:30. Ba, kwadrans po wyjściu z pracy będzie już sączył kolejnego browara…
Zlotowicz Krzysztof G. brał udział w IV Zlocie Polskich Groundhopperów. Jego życie już nigdy nie będzie takie jak dawniej…

Pragnę serdecznie podziękować wszystkim przybyłym na zlot szaleńcom. Piszecie historię polskiego groundhoppingu. (Po)Chwała Wam za to! Dziękuję również setkom wolontariuszy i dziesiątkom sponsorów, bez których organizacja tak wielkiego przedsięwzięcia nie była by możliwa.
Kończąc pozwolę sobie jeszcze raz pochwalić oficjalnego kierowcę zlotu Andrzeja K.
A następnym razem możemy przyjechać do Twojego miasta!
Wszystkie postacie, miejsca i wydarzenia w tej relacji są fikcyjne, a ich podobieństwo do prawdziwych osób, miejsc i wydarzeń jest przypadkowe.
PS. W odpowiedzi na liczne listy, maile i telegramy nadsyłane do siedziby redakcji „Krzychu on tour” przez zaniepokojone i przejęte losem zlotowicza Radosława R. gospodynie domowe, informuję, że niestety nie zjadł on podczas trwania zlotu upragnionej rolady z kluskami śląskimi i modrą kapustą.
PS2. Proszę nie wysyłać paczek z jedzeniem!











Podziwiam wytrzymałość autora – byłem przekonany, że w poniedziałek wziąłeś wolne…
@toffemen
„To już się gra na dopalaczach – na podświadomości!”
(Jacek Gmoch)
:D
Zlotowicz Krzysztof K. napisze krótko: Wielke DZIĘKI za możliwość uczestnictwa w IV Zlocie i oczywiście pozdrowienia dla Wszystkich zlotowiczów. Szacun dla Krzycha (pardon, zlotowicza Krzysztofa G.) za „zlotową trylogię”, którą czyta się z szerokim uśmiechem na ustach ;-)
@Krzysztof K.
Cała przyjemność po naszej stronie. :) Do zobaczenia na Starcie!